A więc, wygląd bloga jest chwilowo roboczy, czekam na odpowiedź od Justyny, czy dalej zajmuje się grafiką. W sumie jest maturzystką i może nie mieć czasu, ale wtedy coś się skombinuje.
Rozdział w sumie... Początek mi się podoba, koniec nie. Ugh. "Trochę" za krótki.
***
Wyrwała się z objęć mężczyzny próbującego dobrać się do niej w ciemnym parku obok ruchliwej ulicy, gdzie nikt nie mógł ich zauważyć. Ostatni raz kopnęła go w okolicę nerek na oślep, byleby nie był w stanie jej dogonić. Stęknął i opadł na kolana. Próbował jeszcze po omacku schwytać ją i zakleszczyć na jej przegubie swoją pomarszczoną dłoń, ale poczuł tylko powietrze - dziewczyna uciekła.
Biegła zapłakana oświetloną lampami i neonami ulicą, zderzając się co parę minut z jakimś śpieszącym się mężczyzną lub kobietą; jedna starsza pani zaczęła krzyczeć na całą ulicę. Diana próbowała ją wyminąć i mieć spokój, ale trafiła na umundurowanego faceta w wieku może dwudziestu pięciu lat.
- A pani gdzie? - zmierzył ją spojrzeniem, patrząc z niesmakiem na jej rozczochrane, natapirowane włosy i poplamioną Jackiem Danielsem koszulkę. - Kraść się zachciało?
- Ja nie... - chciała powiedzieć, ale zmroził ją fakt, że ktoś właśnie objął ją w pasie od tyłu. Poczuła oddech, woń alkoholu zmieszanego z tytoniem. Bała się już, że zchlany facet, który napadł ją w parku właśnie ją dorwał. Chciała się obrócić, ale tylko przeżegnała się w myślach i błagała Niebiosa, żeby ją jakoś wyratowały z opresjii.
- Coś się stało, kochanie? - usłyszała nad uchem i poczuła ulgę. Nie był to on, był to ktoś inny. Ale jednak go nie znała. Nie znała także jego zabawnego głosu i lekkiej chrypki. Postanowiła, że mu zaufa. - Czego chcą od Ciebie? Moja dziewczyna nic nie zrobiła.
Policjant pokręcił głową, zawahał się i zrezygnował z interwencji. Tak po prostu odpuścił! Kobieta także zmyła się z miejsca wydarzenia, przeklinając świat, więc Diana mogła odpuścić sobie tą szopkę. Wyrwała się z objęć chłopaka i ruszyła chodnikiem w stronę jakiegoś miejsca, w którym mogła przenocować.
Dogonił ją.
- Hej, a Ty gdzie idziesz? - zapytał tym swoim śmiesznym głosem, który w tej sytuacji jej nie rozbawił. W świetle lamp mogła zobaczyć jego twarz, którą okalały długie, rude włosy. Na zielone oczy opadała grzywka. Kości policzkowe mu wystawały; nie uśmiechał się. - Miałem zamiar zaprosić Cię na Jacka Danielsa i...
Przerwała mu:
- Dziękuję, że mi pomogłeś, wystarczy? - wiedząc, że zaprzeczy, ciągnęła dalej: - ...ale znam Cię może z pięć minut, więc daruj sobie. Wracaj do jakiegoś baru czy coś, tam, skądżeś się urwał. Proszę, zostaw mnie w spokoju. Ja wracam do siebie i nie zamierzam Cię już nigdy oglądać, okej? Spadaj, proszę.
Patrzył na nią jeszcze chwilę; kiedy znowu chciała ruszyć z miejsca, chwycił ją za rękę.
- No chyba nie myślisz, że Cię tu zostawię. Tak naprawdę miałem Ci pomóc już w parku,. Poza tym, daruj sobie te tanie bajeczki, dobrze wiem, że jesteś bezdomna. No, co się tak na mnie patrzysz? Spójrz na siebie. Plamy po whiskey raczej nie świeże. Rozczochrane włosy, szczerze, to nawet przetłuszczone. Dlatego chcę Ci pomóc. I nie pieprz, że nie potrzebujesz pomocy, bo i tak Ci nie uwierzę, skarbie.
Poddała się. Pozwoliła, żeby zaprowadził ją do swojego domu, chociaż cały czas się trzęsła. Nie był to efekt tego, że jej zimno, w końcu była to jedna z najcieplejszych nocy roku 1987 w Los Angeles w strefie Sunset Boulevard, raczej strachu. Bała się, co ten niepozornie wyglądający chłopak może jej zrobić. Przed śmiercią rodziców i ucieczką z domu okropnego wujostwa czytała kiedyś gazetę, w której okazywało się, że większość dobroczyńców młodych dziewczyn czyha tylko na jej cnotę. Cały czas mówił jakieś bzdury kojącym głosem, ale ona go nie słuchała. Raz na jakiś czas włączała słuch i słyszała parę anegdotek z życia jego zespołu, ale nic ją nie interesowało, myślała tylko o tym, że może ją zaprowadzić do jakiejś ciemnej uliczki i...
- Hej, żyjesz? - zapytał, machając jej ręką przed oczami. - Już jesteśmy.
Faktycznie, już jej nie trzymał za rękę i nie ciągnął po częściach Strip, których nie znała. Stali na schodku jakiegoś rozwalającego się domu; nie chciało jej się wierzyć, że ten chłopak o takich wyrazistych rysach mógłby mieszkać w tej ruderze. Poszła za nim przez hal z ponapisywanymi różnymi słowami. Widziała różne zdania, wyrażenia, przekleństwa... "TEN TONS OF LIES". Po podłodze walały się puste puszki, butelki i niedopałki papierosów. W salonie było bardziej czysto, jednak kanapa z wielkim, tłustym kartonem po pizzy zajmującą środek mebla nie prezentowała się najlepiej, zresztą na równi z ścianami z tekstami piosenek.
- No i tak... No tutaj mieszkam, z czterema kumplami. Aha i ten... No... Jestem Axl - dodał zakłopotany, odgarnął grzywkę z oczu i podał jej dłoń. Zamrugała chwilę, po czym ją uścisnęła lekko swoimi smukłymi, bladymi palcami.
- A ja Diana. Sorry, że byłam taka niemiła ale... No skoro śledziłeś mnie od parku to raczej wiesz, dlaczego - wzruszyła ramionami. - No wiesz, nie wyglądasz na takiego, który by TUTAJ mieszkał... - rozejrzała się ponownie.
Machnął ręką.
- No w sumie to faktycznie tak trochę nie. To może zrobię kawę? Chcesz może usłyszeć coś o naszym zespole, czy coś, jak woda się będzie gotowała? - zaproponował. Widząc, że Diana kiwa niepewnie głową, odezwał się: - Jesteśmy Guns N' Roses, może o nas słyszałaś? Nie? No więc założyliśmy zespół dwa lata temu, ja jestem wokalistą. Giarzystą jest taki Mulat, Slash, basistą taki w cholerę wysoki blondyn, Duff McKagan. Za perkusją pałeczkami wywija Steven Adler, kumpel Saula, znaczy Slasha. Jest jeszcze gitarzysta rytmiczny, Jeff Isbell, dla przyjaciół Izzy Stradlin. Na razie nagraliśmy tylko EPkę, "Live Like a Suicide", na której są tylko dwa nasze utwory, no ale czasami słyszymy je w radio; "Move to The City" i "Reckless Life". Ale w tym roku mamy wielkie plany! - ściągnął czajnik z gazu - Planujemy wydać nasz debiutancki album, Appetite For Destruction, ale to dopiero za jakiś miesiąc, dwa tygodnie czy coś w tej okolicy...
Kiedy skończył mówić, przyłapała się na tym, że z uwagą słuchała jego opowieści. Naprawdę była zachwycona tym, że spotkała jakiegoś muzyka, który miał za sobą jakiś sukces, nawet małą EPkę i dwa utwory w radio. Od paru lat była wierną fanką twórczości Beatlesów, Stonesów, Pistolsów, Aerosmith czy Janis Joplin. Ostatnio podłapała zespół związany z New Jersey, Bon Jovi, nawet miała sposobność spotkać w Mieście Aniołów na ulicy Richiego Samborę. Oczywiście, była na tyle tępa, że przestraszyła się, że weźmie ją za jakąś psychofankę i zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Potem się opieprzała, że mogła zdobyć autograf, ale czasu się nie cofnie.
Usiadła na fotelu naprzeciw kanapy, mając nadzieję, że nie leżała na niej pizza.
- To może chcesz na przykład się wykąpać? - zaproponował po chwili, gdy skończyła pić swój gorący napój i oddała mu kubek.
- Czemu nie? - wzruszyła ramionami. - Przydałoby mi się, tylko nie mam żadnych ubrań, a paradować nago po domu pięciu muzyków.
Zapewnił, że da jej jakieś ciuchy i tak zrobił. Dał jej jakiś t-shirt, rozmiar XL, z logo Sex Pistols i krótkie dżinsowe spodenki oraz dodał, że może skorzystać z jego szamponu i odżywki. Przytaknęła z wdzięcznością i ruszyła w stronę łazienki. Zamknęła drzwi na klucz, który odłożyła na kaloryfer, szybko przeprała bieliznę oraz skarpetki i także ją na nim ułożyła, po czym rozebrała się, weszła pod prysznic i rozkoszowała się spływającą po jej nagim ciele gorącą wodą. Prawie zapomniała, jak przyjemnie jest czuć na sobie chłodną pianę. Wzięła trochę szamponu Axla i rozsmarowała sobie na długich, czarnych włosach. Nie chciała, żeby pomyślał, że coś mu może kradnie w tej łazience i dlatego tak długo nie wychodzi, toteż wygramoliła się z kabiny i otarła ręcznikami, które następnie powiesiła nad kabiną. Na szczęście stanik, skarpetki i dolna część bielizny były już dosyć suche, więc wciągnęła je na swoje szczupłe ciało. Wzięła też ciuchy chłopaka.
Diana stwierdziła, że pomimo, że wydaje się być niski, nosi dosyć duży rozmiar; bluzka wisiała na niej jak na wieszaku. Wyciągnęła z kieszeni swoich starych dżinsów maskarę. Pożyczyła jego szczotkę i rozczesała włosy, po czym stwierdziła, że może wyjść. Usłyszała gwizdnięcie, gdy tylko puściła klamkę. W salonie zamiast Axla siedział jakiś Mulat.
- Ty pewnie jesteś Slash - odezwała się automatycznie.
- A i owszem. A Ty pewnie jesteś Diana? - znalazł się obok niej i objął ją w pasie. - Axl opowiadał trochę, że znalazł Cię na ulicy. Ale, że taka śliczna jesteś, nie wiedziałem - dodał. Zadrżała lekko, a on się zaśmiał. - Nie będę Cię już straszyć, żartowałem tylko. Ale śliczna jesteś.
Puścił ją i powlókł się na swoje miejsce na kanapie, częstując się kawałkiem pizzy z tłustego kartonu. Wzdrygnęła się.
- No co, nie usiądziesz? - poklepał śniadą dłonią miejsce obok siebie. Wybrała fotel, na którym podciągnęła kolana pod brodę i zastygła w bezruchu. - Nie chcesz pizzy? Nie? Hmm, trudno. Axl mówił, że skoczy do jakiegoś odzieżowego po ciuchy dla Ciebie, no i kosmetyki, więc jesteś skazana na mnie i... Duffa, kotku. Zaraz tu przyjdzie, chce Cię poznać.
Słuchała go nie odzywając się, ale kiedy usłyszała głos za plecami, cicho pisnęła.
- Slash, kretynie - odezwał się wysoki blondyn, zapewne McKagan, wchodząc do pokoju. - Znowu wychlaleś moją wódkę a kurde, kaca mam jak cho... To znaczy, kto to? - wskazał na nią palcem zachowując się, jakby brunetki nie było tuż obok niego. - Czekaj... - zachwiał się i przytrzymał oparcia fotela, przy okazji przypadkowo ciągnąc ją za włosy. - Ty jesteś ta Diana? Ja jestem Duff.
Ukłonił się niezdarnie. Zanim zdążył się zapędzić i przytulić na dzień dobry, Saul wstał szybko i pomógł jej wstać, mówiąc coś w stylu: "Pokażę Ci Twój pokój". Pozwoliła mu zaprowadzić się na wyższe piętro po zaśmieconych schodach, unikając butelek slalomem. Pokój Diany znajdował się na końcu korytarza na drugim piętrze. Kiedy tylko otworzyła mahoniowe drzwi, poczuła zapach świeżości; na dużym łóżku leżała czarna pościel. Obok łóżka stała mała komoda z budzikiem, a resztę pokoju zajmowały meble. Opadła na fotel stojący obok kwiatka i uśmiechnęła się do gitarzysty.
- Jejku, dziękuję! Nie miałam prawdziwego domu od dwóch lat, to, co dla mnie zrobiliście w ciągu paru godzin to chyba najcenniejszy dar od Losu! - wstała i przytuliła Saula. Przylgnęła do jego piersi. Zawsze chciała, by jakiś chłopak właśnie TAK ją przytulił. Ostatni raz zakochała się w wieku szesnastu lat, a było to cztery lata temu i jakoś nigdy nie miała okazji w ciągu tego długiego okresu poczuć się tak jak teraz. Tęskniła za swoimi rodzicami. W tym momencie złość na to, że opuścili ich w wypadku drogowym trzy lata temu wzrosła. Naprawdę zmarnowali jej życie, kiedy ojciec wracał z matką pijany, prowadząc ich toyotę. Puściła chłopaka dopiero, gdy chrząknął; zawstydziła się, że pozwoliła sobie na taki gest względem kogoś, kogo poznała kwadrans temu. Osunęła się na swój fotel i zaczęła nerwowo wyginać długie palce. Slash otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie wiedziała, że jak dalej będzie tak się zachowywała, to źle skończy.
Bo zostanie tu na dłużej, prawda?
Miała taką nadzieję.